Musimy walczyć z post-prawdą i plagą fake news

Drukuj

Żyjemy w świecie post-prawdy. Gdyby internauci równie chętnie udostępniali na Facebooku prawdziwe newsy co fałszywe, być może prezydentem USA byłaby dziś Hillary Clinton, a Wielka Brytania nie wychodziła z UE. Skala problemu rośnie, dlatego najwyższa pora przyjrzeć mu się i poszukać rozwiązań.

Tekst stanowi część naszej serii „Świadomi i aktywni w Web 2.0″. Przeczytajcie więcej w serwisie WE the CROWD.


Wiecie, jakie jest słowo roku 2016? Post-truth. Według Słownika Oksfordzkiego to:

pojęcie odnoszące się do sytuacji, w której fakty są mniej ważne w kształtowaniu opinii publicznej niż odwoływanie się do emocji i osobistych przekonań

Ma sens w kontekście turbulencji społeczno-politycznych ostatnich miesięcy, prawda? To znamienne, że wśród nominowanych do słowa roku kolegium Słownika Oxfordzkiego rozważało “alt-right” i Brexiteer. Alt-right to grupa ideologiczna, szerząca skrajnie konserwatywne i reakcjonistyczne przekonania z wykorzystaniem nowych mediów. To także jeden z najprężniej działających generatorów post-prawdy. Brexiteer zaś to Brytyjczyk opowiadający się za wyjściem z Unii Europejskiej, czyli najczęściej rezultat polityki post-prawdy, w której wygrały emocje i przekłamania nad chłodną kalkulacją.

Post-prawda wygrała coś więcej niż tylko tytuł słowa roku. Ona przesiąkła do wielu sfer życia, z polityką na czele, a następnie zainfekowała różne zjawiska i rozpyliła nowe-stare problemy. Wśród nich jest problem fałszywych newsów, który nie jest nowym wynalazkiem, ale dziś rozpala serca i umysły na całym świecie.

1

Google Trends wskazuje, że zainteresowanie frazą fake news jest olbrzymie. Przebija nawet post-truth. I to akurat dobra wiadomość – ludzie dostrzegają, że próbuje się nimi manipulować. Zła wiadomość jest taka, że o fałszywych newsach jest głośno, bo skala ich produkcji, zasięg dotarcia i przede wszystkim realny wpływ na opinię publiczną i rzeczywistość polityczną jest zatrważający.

Możemy przytoczyć dziesiątki przykładów, ale wystarczy ten krótki materiał.

Dziennikarka CNN odbija się od ściany. Wyborcy Donalda Trumpa są święcie przekonani do czegoś, co nie mogło mieć miejsca, co stoi w jawnej sprzeczności z prawem stanowym Florydy.

– Gdzie znaleźliście taką informację?

– Wygugluj to sobie! Albo poszukaj na Facebooku.

Nie ma lepszej ilustracji problemu. Ale żeby być precyzyjnym, fake news to nie wynalazek epoki internetu. Wiecie, kto pierwszy połączył rozrywkę z informacją tworząc infotainment, a z mediów uczynił czwartą władzę dokonując “drobnej” manipulacji?

Chcesz wojny? Dam ci wojnę

Nie jest tajemnicą, że uznawany za jeden z najważniejszych filmów w historii kina Obywatel Kane jest inspirowany życiem prawdziwej postaci. Niewiele osób wie jednak, że historyczny odpowiednik Charlesa Fostera Kane’a jest postacią o wiele bardziej barwną i kontrowersyjną niż ta z obrazu Orsona Wellesa.

WilliamRandolphHearstWilliam Randolph Hearst urodził się w 1863 roku w bogatej kalifornijskiej rodzinie. Jego wychowanie i edukacja przebiegały zgodnie ze wzorem stworzonym dla delfinów amerykańskich imperiów przemysłowych: najlepsze szkoły, podróże po Europie, później Harvard. Syn nie chciał jednak fortuny swego ojca, chciał czegoś więcej – podupadającej gazety “San Francisco Examiner”. Wydawało się, że to tylko wybryk młodego bogacza. Hearst jednak doskonale rozumiał rynek, wiedział jak trafić ze swoim tytułem do ludzi, którzy nigdy wcześniej nie sięgali po prasę. I wziął sobie do serca jedną prostą prawdę: media to władza. Manipulując, fabrykując informacje, zbudował gazetę popularną, nastawioną na sensację i efekciarstwo. Potem nabył wiele innych tytułów, w tym wpływowy “New York Journal”, ale nie zmienił swojej filozofii. Mógł skutecznie prowadzić osobiste wojny. Nikt co prawda na nich nie przelewał krwi, ale do tego brakowało jedynie odpowiednich aktorów i scenografii.

Pod koniec XIX wieku napięcia między USA i Hiszpanią sięgnęły zenitu, podobnie jak rywalizacja magnatów medialnych – wspomnianego Hearsta i Josepha Pulitzera. Punktem zapalnym była Kuba. Ta hiszpańska kolonia (i większość regionu) znalazła swoje miejsce w układance amerykańskich interesów ekonomicznych i strategicznych. Szczególnie Hearst liczył na wojnę. Czy jest cokolwiek, co sprzedaje się lepiej rozgrzanej do czerwoności opinii publicznej?

Wojna jednak nie nadciągała. Dla ilustratora pracującego w “New York Journal”, Frederica Remingtona, który stacjonował na Kubie, wiało wręcz nudą. Kiedy już szykował się do wyjazdu, jego szef, Hearst, napisał w depeszy legendarne słowa: “Zostań. Ty daj mi ilustracje, ja dam ci wojnę” (oryg.: Please remain. You furnish the pictures and I’ll furnish the war).

Trzy tygodnie później, w styczniu 1898 roku, do portu w Hawanie przybił pancernik USS Maine. Zadaniem okrętu była ochrona ludności i interesów amerykańskich w trakcie trwających na wyspie niepokojów. Wieczorem 15 lutego kadłub okrętu rozerwała potężna eksplozja, zatapiając jednostkę i zabijając 260 marynarzy. Współcześnie jako prawdopodobną przyczynę katastrofy wskazuje się samozapłon węgla bądź źle składowaną amunicję, co było ówcześnie powszechnych problemem w marynarkach państw anglosaskich (dowiodła tego dobitnie Bitwa Jutlandzka w 1916 roku).

Takie są fakty. Ale te nie miały większej wartości dla opinii publicznej regularnie ogłupianej przez Hearsta i Pulitzera oraz ich yellow journalism. Dlatego Hearst wykorzystał incydent i spreparował jeden z najbardziej znanych fałszywych newsów w historii… a być może także najbardziej szkodliwych w skutkach. (Chociaż Donacja Konstantyna ma prawo uważać inaczej).

Hearst zwalił winę za eksplozję USS Maine na Hiszpanów, a jego gazeta rozpoczęła kampanię agresji i chęci rewanżu u Amerykanów, którą najlepiej wyrażała fraza: Remember the Maine, to Hell with Spain!. Gdyby istniał wówczas internet, prawdopodobnie byłby to mem i viral. W końcu Hearst dostał to, czego chciał i to z nawiązką:

  • wybuchła wojna amerykańsko-hiszpańska,
  • on wzmocnił swoje medialne imperium…
  • …i udowodnił, że mass media mogą manipulować rzeczywistością przez kłamstwo.

Czwarta władza faktycznie stała się pierwszą, bo mało kto wysilał się na tyle, żeby dojść do prawdy.

3

 

Memy, clickbaity, algorytmy i tweety

Co zmieniło się od tamtego czasu? Sporo i niewiele jednocześnie. Tłumy ludzi nadal chętnie ulegają zmanipulowanym informacjom, chociaż w realiach Web 2.0 mają większy niż kiedykolwiek wcześniej dostęp do różnych źródeł, narzędzi i metod.

Sięgając do myśli intelektualisty i dziennikarza Waltera Lippmanna:

rozeznanie polityczne przeciętnego człowieka można porównać do osoby idącej do teatru, która wchodzi na przedstawienie w trakcie trzeciego aktu i wychodzi przed opuszczeniem kurtyny

Zgoda. Nasza ignorancja robi swoje. Społeczeństwo pozostanie w takich sytuacjach “chłopcem do bicia”, bo najłatwiej uderzać w bezimienną, trudną do uchwycenia masę, w której każdy może być winny i niewinny jednocześnie – w zależności od zarzutu. Ale każde społeczeństwo kształtuje jakaś kultura i zespół instytucji. Za pchnięcie naszej rzeczywistości w objęcia post-prawdy i plagę fake news odpowiadają także politycy (władza), media mainstreamowe i nie-mainstreamowe oraz portale społecznościowe i stojące za nimi korporacje.

  • Przykład “idzie z góry”, czyli narasta radykalna, odwołująca się do niskich instynktów retoryka liderów politycznych, czasem połączona z ich autentyczną intelektualną ignorancją. Tak, patrzymy na Ciebie, Prezydencie Elekcie Trump.
  • Kwitną alternatywne, nie-mainstreamowe ekosystemy medialne, takie jak olbrzymi konglomerat ruchu alt-right czy środowisko “Gazety Polskiej” w naszym kraju.
  • Za komfort, jaki gwarantują nam social media, płacimy cenę. Często nieświadomie dajemy się zamykać w filter bubble (której poświęciliśmy cały tekst). Algorytmy personalizujące oraz to kogo obserwujemy i zapraszamy do kręgu znajomych, buduje wokół nas szczelną komorę światopoglądową.
  • Media podchwytują kulturę clickbaitu (tak chyba możemy to nazwać), czyli posługiwania się chwytliwymi nagłówkami, które zachęcają do udostępniania treści, a nie mają wiele wspólnego z właściwą zawartością artykułu.
  • Społeczeństwo cyfrowe kultywuje kulturę memu. Ignorujemy media, które podają je w bardziej złożonej formie, okraszonej kontekstem. Wystarczą nam proste, wymowne obrazki i sami zaczynamy rozumieć i opisywać rzeczywistość przez pryzmat memów.
  • Dorzućmy do tego konsekwentnie spadające zaufanie do dużych instytucji, z władzą i mediami głównego nurtu na czele.

Efekt?

Eric Tucker, współzałożyciel firmy marketingowej z Texasu, samozwańczy libertarianin z 40 followerami na Twitterze tweetuje następującą informację:

4

 

Ten news nie ma nic wspólnego z prawdą, tak jak przedstawione na zdjęciach autokary nie mają nic wspólnego z demonstrantami protestującymi przeciw prezydentowi-elektowi Trumpowi. Tucker popełnił błąd, ale jego “rewelację” retweetowano 16 tysięcy razy, a na Facebooku udostępniło ją 350 tysięcy osób. W ciągu kilkudziesięciu godzin fałszywy news trafił na Reddit i inne fora oraz na pierwsze strony wybranych konserwatywnych blogów. Gateway Pundit nie zmarnował okazji i nawet wrzucił wzmiankę o “pieniądzach od Sorosa”… brzmi znajomo? ;)00facebookhoax2-jumbo00facebookhoax1-jumbo

Podobno to właśnie ta rewelacja skłoniła prezydenta-elekta Trumpa do złamania swojej postawy zen po wyborach i kolejnego kontrowersyjnego (czyt.: kłamliwego) tweeta.

Eric Tucker zreflektował się kilka dni później. Przyznał, że news był fałszywy i przeprosił, ale mleko się rozlało. A on w bonusie zyskał ponad 900 nowych followerów.

To tylko jeden przykładowy, stosunkowo niegroźny fake news. Trzymając się amerykańskich wyborów prezydenckich, można jeszcze wspomnieć o:

Każdą z tych informacji łączą trzy rzeczy:

  1. Nie mają nic wspólnego z prawdą.
  2. Mogą pośrednio i realnie wpływać na decyzje polityczne ważące o losach świata.
  3. Rozeszły się w sieci znacznie szybciej niż udostępniony za darmo album U2.

trumppeople

Proste działanie.

Fałszywa informacja podszywająca się pod prawdziwą + chwytliwy nagłówek + nasza bezrefleksyjność + mechanizmy social media + krąg znajomych = darmowy system dystrybucji bzdur (DSDB)

Jesteśmy bardziej skłonni zwracać uwagę na informacje, które dotyczą naszych znajomych, nas samych, naszych emocji i przekonań. A jako, że mamy taką możliwość, najchętniej od razu dzielimy się tym z innymi. Tak rodzi się epidemia fake news, a my – cyfrowe społeczeństwo – pełnimy rolę rozproszonego systemu promocji.

OK. Wiemy, że jesteśmy winni. Największym zagrożeniem dla naszej kolektywnej inteligencji jest nasza kolektywna głupota. Na tym moglibyśmy zamknąć ten wywód, ale skoro już wybraliśmy dla siebie nazwę WE the CROWD, wypada poszukać winy gdzie indziej.

Przemysł fake news

Tłum to istotne ogniwo w łańcuchu produkcji i dystrybucji fake news, ale nie jedyne. Istnieje cały ekosystem twórców, portali a nawet sponsorów (!), których jedynym celem jest tworzenie i rozpowszechnianie spreparowanych informacji.

Obok “wolnych strzelców”, zwykłych trolli szukających egzotycznej formy ukojenia w dezinformacji oraz “użytecznych idiotów” pokroju wspomnianego Erica Tuckera, znajdują się tacy ludzie jak Jestin Coler.

W toku dziennikarskiego śledztwa dotarło do niego National Public Radio… a następnie przeprowadziło z nim wywiad. Coler jest właścicielem firmy, której nazwa zawiera podpowiedź, co do profilu działalności – Disinformedia. Spółka jest z kolei właścicielem wielu małych portali fake newsowych, które mają na potęgę produkować i wciskać czytelnikom kit. Coler ma do swojej dyspozycji 20-25 autorów, a jeden z nich wyprodukował wyjątkowo paskudny fałszywy news o rzekomej śmierci agenta FBI, który doprowadził do wycieku emaili Hillary Clinton.

6

Informacja opublikowana na efemerycznym “Denver Guardian” została wyświetlona 1.6 miliona razy w ciągu 10 dni, perfekcyjnie przy tym wpisując się prawicowe teorie spiskowe.

Jestin Coler przyznał, że wszystko w tym tekście było zmyślone: miasteczko, ludzie, szeryf, nawet gość z FBI. Ale jego ludzie z Disinformedia podrzucili to sympatykom Trumpa na forach i platformach społecznościowych. Zdaniem Colera rozeszło się jak pożar kalifornijskiego lasu letnią porą.

Jaka jest właściwie motywacja kogoś, kto buduje manufakturę kłamstw? Znacie odpowiedź. Pieniądze. Coler zarabia na reklamach wyświetlanych na jego faux portalach. Im większy ruch na stronie, tym większy zysk z reklamy. A że kontrowersyjne kłamstwo ściąga masę użytkowników, biznes się kręci.

Ciekawe jest też, że za dużą częścią portali produkujących fałszywe newsy, którymi karmią się zwolennicy Donalda Trumpa, stoją młodzi Macedończycy (16-18 lat), których motywacją także jest zarobek i to w identycznym modelu rozliczeniowym. Buzzfeed przygotował na ten temat ciekawy materiał.

Wreszcie, pisząc o przemyśle kłamstw, nie możemy nie wspomnieć o Rosji. Jej złożony system cyfrowej propagandy, na który składa się armia botów, opłaconych trolli i fejkowe profile w social media działa dziś jak monstrualna maszyna generująca trzęsienia ziemi na drugim końcu świata.

Kilka tygodni temu dwa niezależne od siebie zespoły naukowców dowiodły zaangażowania Rosji w manufakturę fałszywych newsów. Jak? Użyli narzędzi analitycznych, aby śledzić tweety i mapować ich połączenie między wieloma synchronicznie publikującymi kontami. Wgląd w kod stron dawał dodatkową informację o wspólnym właścicielu, tak jak identyczne zwroty i zdania.

Minęło kilkanaście dni i temat przestał być wyłącznie ciekawostką. Raport amerykańskich służb wywiadowczych nie pozostawia złudzeń – Rosja, wykorzystując armię hakerów, głupotę WikiLeaks oraz propagandową maszynerię fake news, miała bezpośredni wpływ na przebieg wyborów prezydenckich w USA. Nie chcemy tego mówić na głos, ale… chyba jednak powiemy. Donald Trump mógł zostać prezydentem najpotężniejszego państwa świata dzięki wsparciu Rosji i skoordynowanej dezinformacji opartej na fałszywych historiach.

Et tu, Facebook, contra me?

I jeszcze reflektor na serwis Marka Zuckerberga. Ze względów humanitarnych, może nie w tym samym akapicie co rosyjska propaganda i intencjonalna dezinformacja.

Może się to wydawać niewiarygodne, ale fałszywe informacje mają na Facebooku większą nośność niż prawdziwe. Rozpowszechniają się wirusowo, co nie powinno dziwić patrząc na połączenie emocjonalnego i sensacyjnego charakteru kłamliwej informacji z mechanizmami społecznościowymi. Problem pogłębia system priorytetyzacji i personalizacji treści, o którym pisaliśmy w tekście poświęconym zjawisku filter bubble. Algorytmy Facebooka dają pierwszeństwo zdarzeniom popularnym i trendującym, ale nie rozróżniają informacji prawdziwej od fałszywej. Jeżeli ludzie chętnie coś udostępniają, nawet jeśli jest to bzdura, szansa na to, że pojawi się to w Waszych aktualnościach jest wysoka.

Mark Zuckerberg twierdzi, że fałszywe newsy stanowią stosunkowo niewielką porcję treści w jego serwisie (ok. 1%), ale jest świadom rosnącej skali problemu.

Celowe wprowadzanie w błąd traktujemy bardzo poważnie. Naszym celem jest łączyć ludzi ze zdarzeniami, które mają dla nich znaczenie, a te wiążą się z prawdziwą informacją. Pracowaliśmy nad tym problemem od dawna, ale pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.

(…) Dotąd polegaliśmy i nadal będziemy polegać na naszych użytkownikach w identyfikowaniu prawdziwych i fałszywych informacji. Każdy na Facebooku może zgłosić dowolną treść jako fałszywą (…) Clickbait i spam, podobnie jak fałszywe newsy, penalizujemy w News Feedzie, aby ograniczyć ich rozprzestrzenianie.

Zuckerberg wymienia również szereg działań i aktualizacji, które planuje zaimplementować, aby lepiej powstrzymywać rozpowszechnianie fałszywych informacji na Facebooku. Zwraca przy tym uwagę na pewien dylemat moralny: platforma nie może być samodzielnym arbitrem w rozstrzyganiu, czy dana informacja jest kłamliwa czy też nie.

Nie chcemy oceniać tego stanowiska, ale być może warto rozważyć zatrudnienie redaktorów, zamiast zostawiać rozwiązanie problemu wyłącznie w rękach algorytmów i internautów. Czasem to się sprawdza. Czasem trzeba zrobić coś więcej.

Jak możemy zatrzymać plagę fake news?

Liczba mnoga w pierwszej osobie, którą zawarliśmy w nagłówku, to oczywiście nie przypadek. Celowo też mówimy o zatrzymaniu, osłabieniu wpływu tego zjawiska na nas – nie łudźmy się, że można je wykorzenić kompletnie. Musimy działać szybko, zdecydowanie i konsekwentnie. Indywidualnie i kolektywnie.

Proponujemy pracę w czterech obszarach. Każdy kolejny to głębszy poziom zaangażowania. Wasza aktywność w którymkolwiek w nich ma znaczenie.

  1. Nabranie nawyku fact-checkingu
  2. Odwaga cywilna i kultura w dyskusji
  3. Zgłaszanie i partycypowanie
  4. Inicjowanie rozwiązań społecznościowych

1. Nabranie nawyku fact-checkingu

Fact-checking wydaje się czymś oczywistym, choć aby przyniósł długofalowy skutek (czyli uodpornił Was na zmanipulowane informacje), musi stać się nawykiem. I zaznaczamy, że na tym poziomie mowa wyłącznie o skuteczności w indywidualnym zakresie.

Zanim klikniecie “udostępnij”:

  • Zweryfikujcie źródło i informację wspierając się Fake News Watch, Snopes i RedFlag.
  • Sprawdźcie, czy o zdarzeniu mówią inne, bardziej wiarygodne źródła. Jeżeli Google po wpisaniu hasła wskaże jedynie małe portale wątpliwej jakości, to najpewniej jest to fake news.
  • Unikajcie serwisów, których nazwy kończą się na “lo” i “.com.co”
  • …oraz zachowajcie ostrożność względem serwisów, które kłują w oczy wątpliwą estetyką, mają dziwną strukturę i/lub nadużywają WIELKICH LITER.
  • Zwracajcie uwagę na to autora wpisu. Czy został w ogóle podany? Czy można sprawdzić jego profil i historię tekstów?
  • Zwracajcie również uwagę na język i styl wpisu. Im więcej agresji i krzykliwości, tym większe prawdopodobieństwo podpuchy.

2. Odwaga cywilna i kultura w dyskusji

Osoby o scementowanych poglądach często odsuwają wszelkie fakty i dane niezgodne z ich przekonaniami. Społeczeństwa przyjmują też coraz bardziej plemienny charakter (także związany z sympatiami politycznymi). Judith Donath z CNN zauważa, że dzielenie się newsem w social media to już nie tylko chęć informowania czy perswazji – to deklaracja tożsamości i przynależności do określonej grupy społecznej.

Co to znaczy? Że jeżeli fact-checking działa w przypadku jednej osoby, niekoniecznie da się zaszczepić u innej. Tutaj wchodzimy na wyższy poziom zaangażowania, który rekomenduje Donath jako formę produktywnej reakcji w interakcjach społecznościowych:

  • Po pierwsze samokontrola. W myśl starej jak internet zasady “nie dokarmiaj trolla”, jeśli podejrzewacie, że dana osoba podzieliła się daną informacją z pobudek ideowych, nie ma sensu komentować. Lepiej napisać prywatną wiadomość.
  • Z drugiej strony, gdy intencje są szczere i macie do czynienia z ofiarą fake news, warto jest przygotować źródło “rozbrajające” daną informację.
  • Promujcie kulturę wiarygodności. Podkreślajcie swój nawyk fact-checkingu, wspierajcie prasę oraz organizacje, które walczą z manipulacją.
  • Ważna jest oczywiście kultura, humor i dystans. Nikt nie lubi być poniżany publicznie.
Autor: Janek Koza
Autor: Janek Koza

Celowo użyliśmy pojęcia “odwaga cywilna” w nazwie tego obszaru. Uważamy, że to zbyt rzadko przywoływana cnota, a dziś szczególnie cenna. Może ona oznaczać mówienie czegoś, czego nie chcą na głos powiedzieć inni.

3. Zgłaszanie i partycypowanie

Możecie wykazać się większą aktywnością w walce z fake news, flagując i zgłaszając podejrzane materiały w social media i nie tylko.

Od 2015 roku na Facebooku funkcjonuje opcja umożliwiająca Wam zgłaszanie postów zawierających fałszywą lub obraźliwą treść. Znajdziecie ją w panelu postu.

  1. Wystarczy kliknąć na rozwijane menu w prawym górnym rogu postu, następnie wybrać “Zgłoś post”…
  2. …zaznaczyć “Uważam, że to nie powinno znaleźć się na Facebooku” i “To fałszywe zdarzenie w aktualnościach”. W ten sposób algorytm Facebooka dowie się o fałszywej informacji i będzie ją obserwował,
  3. Opcjonalny krok to wyłączenie obserwowania danego źródła.

1-Wrzutka-algorytmy---Post,Facebook

Możecie też podeprzeć się dedykowaną wtyczką do Chrome, która służy temu samemu celowi.

Zgłaszajcie również podejrzane strony do odpowiednich instytucji i portali.

4. Podejmowanie inicjatywy

Do najwyższego poziomu zaangażowania zapraszamy aktywistów, blogerów, dziennikarzy i właścicieli mediów.

  • Wykorzystując swoją wiedzę, warsztat i często autorytet, możecie skuteczniej niż inni demaskować fałszywe informacje.
  • Robiąc to, reagujcie możliwie najszybciej. Obnażenie fake news chwilę po jego narodzinach może spowolnić lub całkowicie zatrzymać rozsiew.
  • Portale mogą wybrać ścieżkę PolitiFact, tworząc nową kategorię lub tag pod kątem fact-checkingu, a także umożliwić partycypację czytelników drogą crowdsourcingu (specjalny kontakt do zgłaszania przypadków fake news itd.).
  • Jeżeli jesteście aktywistami, również możecie podjąć inicjatywę wykorzystując crowdsourcing. Wystarczy, że stworzycie otwarty dokument/arkusz Google bądź dedykowany kanał na Slacku i zaprosicie społeczność do zgłaszania wątpliwych źródeł informacji.

W tym obszarze na pewno można zrobić więcej niż to, co wymieniliśmy powyżej. Jeżeli macie inne pomysły – podzielcie się nimi z nami, a my podzielimy się z innymi.

Dziennikarstwo. Nowa (stara) nadzieja

Na koniec jeszcze konkluzja – dla części z Was może przewrotna, dla reszty wcale. Indywidualny fact-checking, właściwa postawa, partycypowanie i whistleblowing, inicjatywy crowdsourcingowe… to wszystko ma szansę zahamować wpływ fałszywych informacji na zupełnie prawdziwe sfery naszego życia. Ale jest jeszcze jedno rozwiązanie. Nie jest niezawodne, ale sprawdza się od wieków. Nazywa się “profesjonalne dziennikarstwo”.

Rzetelna, obiektywna i etyczna robota dziennikarska bywa niedoskonała, ale w dzisiejszych czasach staje się bezcenna. To dziennikarze i redakcje, takie jak nasze polskie OKO.press (do którego wspierania zachęcamy), w pierwszej kolejności konfrontują fikcję z prawdą, patrzą na ręce decydentom i dają nam wgląd w rzeczywistość z perspektywy, której samodzielnie nie umielibyśmy przyjąć.

Dziennikarstwo przez duże “d” nie umarło. Problem zmanipulowanych informacji pokazuje, że pora pomóc mu stanąć na nogi – dla naszego dobra.


Więcej tekstów w tej tematyce znajdziecie na blogu WE the CROWD

Czytaj również
  • Rockie

    jak ludzie – mam nadzieję – nieco się otrząsną i zaczną sprawdzać fakty, rozbrajać fake’i – następne co się wydarzy, to nauka udowadniania, że informacja która udostępniam, jest prawdziwa. Dlatego, że armia trolli oznaczy ją, jako fałszywą. Wojna trwa! :)

    • http://www.apofenique.pl/ Bartosz Filip Malinowski

      Poleciałeś trochę takim Paragrafem 44. Podoba mi się ;)

  • Jarosław Zachwieja

    Obawiam się, że nic się nie zmieni, dopóki odbiorca informacji (przyzwyczajony do tego przez ostatnią dekadę) będzie przede wszystkim chciał wiedzieć SZYBKO. Jak to mawiał guru tzw. dziennikarstwa iteracyjnego „getting it right is expensive, getting it first is cheap”, a przede wszystkim weryfikacja informacji trwa. A odbiorca czekać nie chce. Odbiorca współczesny to taki Straszny Mieszczanin, który informacje wchłania, przetrawia tylko wstępnie, wydala czyli rozpowszechnia dalej i często zapomina co czytał. Bo kolejne czekają.

    Odnoszę wrażenie (pewnie nie tylko ja), że w pogoni za informacją przekroczyliśmy dawno temu granicę jej przyswajalności. Niestety nie jesteśmy tego na ogół świadomi i ciągle mamimy się przekonaniem, że ilość oznacza jakość. Na takim gruncie fact-checking po prostu nie wyrośnie, bo nie ma jak. Skoro platformy takie jak Facebook temu nie sprzyjają (bo informacje przelewają się w ogromnej liczbie i przez to w dużym tempie), to co dopiero powiedzieć o platformach błyskawicznej wymiany informacji, takich jak Tweeter i pochodne?

  • Przemek Kot

    Fake newsy to jedno. To dość prosta rzecz do walki.

    Jednak problem stanowią normalne portale i redakcje tzw. mainstreamowych mediów.
    Użytkownicy są zamknięci w ich specjalnych filter bubbles i traktowani dość subtelnymi technikami manipulacji. Przez co ich perspektywa jest zniekształcona, a ich światopogląd ustawiony treściami w danym serwisie. By to zobaczyć należy zobaczyć jak skierowane są małe przekazy emocjonalne we wszystkich informacjach pochodzących od jednej redakcji. Te zaś emocje są widoczne potem wśród osób komentujących.

    Nie wolno też zapominać o tym że tradycyjnym mediom też nie wolno ufać. Ich przekaz może nie jest kłamstwem, jednak sposób przedstawienia informacji jest też ważny. Co więcej, nie posiadamy sposobu weryfikacji ich informacji. Co pokazuje przekazy medialny z Syrii choćby, gdzie w tym tygodniu w świat poszła informacja ze źródeł związanych z ISIS i rebeliantami, o masakrze w Aleppo, która była przyjęta jako prawda.

    Fake news nie odpowiadają za wygraną Trumpa. Fake news były też używane przez Clinton i jej zwolenników. Obecnie pod pozorem walki z fake newsami próbuje się walczyć z niezależnymi dziennikarzami oraz innymi źródłami informacji nie pochodzących z mainstreamu. Nie należy pochopnie wskakiwać do tego nurtu ataku na fake news. Są tam może nieprawdziwe informacje, okej, ale walka z nimi doprowadzi do powstania jeszcze większej filter bubble i pozostawi nas wystawionych na działanie wyłącznie jednego źródła informacji. Gdy do tego dojdzie, będziemy bardziej podatni na manipulacje niż kiedykolwiek w historii.

    • http://www.apofenique.pl/ Bartosz Filip Malinowski

      @przemekkot:disqus . W dużej mierze się z Tobą zgadzam. Ba, nawet napisałem tekst w temacie, którego dotykasz na początku wypowiedzi:

      http://wethecrowd.pl/facebook-zamyka-nas-bance-informacyjnej/

      Zgadzam się też, że nie tylko fake news są problemem. Coraz większe zagrożenie stanowią boty i grupy skoordynowanych, ale bezideowych hakerów i trolli. To skleja się z fake news w sposób negatywny.

      Ale jednocześnie nie demonizowałbym sytuacji niezależnych mediów i ich postrzegania. Masz moje słowo, że jeden z kolejnych tekstów, które planujemy, to dziennikarstwo obywatelskie w kontekście profesjonalnego. Myślę, że to może cię szczególnie zainteresować.

  • mf

    fake news to jest propaganda. Nie ma w tym nic nowego, nowa jest taniosc i latwosc rozprzestrzeniania. Przeciwdzialaniem jest edukacja, moze rowniez w przyszlosci, jesli uda sie opanowac gwaltownie wzbierajaca fale faszyzmu, regulacja. Regulacja jest trudna, poniewaz musi ona znalezc punkt rownowagi miedzy wolnoscia slowa a ochrona spolecznosci przed wplywem propagandy. Lepiej by bylo, zeby przecietny obywatel byl na tyle rozwiniety intelektualnie zeby mogl sie sam przed propaganda obronic. Niemniej, empirycznie rzecz biorac, moze jednak nie jest.

    • http://www.apofenique.pl/ Bartosz Filip Malinowski

      Dlatego cytowałem właśnie tę wypowiedź Waltera Lippmanna. Niemniej jednak warto próbować społeczeństwo edukować. Tekst miał kilka tysięcy udostępnień co jest… budujące.