Cenzura nie pomoże Twitterowi

Drukuj

Wielu użytkowników Twittera może nie zdawać sobie sprawy z tego, że od kilku miesięcy granice wolności ich wypowiedzi określa Rada Zaufania i Bezpieczeństwa. Mam wątpliwości, czy komukolwiek ufam na tyle, żeby pozwolić mu wybierać, co wolno mi czytać oraz czy faktycznie czuję się bezpieczniej wiedząc, że także moje wpisy mogą być cenzurowane.

Dobre intencje

Budząca kontrowersje Rada ukonstytuowała się w lutym tego roku. Jej podstawowym zadaniem jest “przeciwdziałać zastraszaniu, znęcaniu się oraz posługiwaniu się groźbami w celu uciszania innych użytkowników”. Liczy ona przeszło 40 organizacji pozarządowych reprezentujących środowiska, które najczęściej padają ofiarą cyfrowej agresji. Zaliczają się do nich m.in. osoby LGBTQ, kobiety, Żydzi, Muzułmanie, nastolatkowie.

Każdy, kto czytał naszą serię o “ciemnej stronie Tłumu”, albo “stoczył się” na sekcję komentarzy na dowolnym portalu podejmującym kwestie społeczno-politycznie wie, że Twitter szuka odpowiedzi na realny problem.

Firma nie chce też podzielić losu Ask.fm, serwisu społecznościowego kojarzonego dziś głównie z nastolatkami, którzy popełnili samobójstwa nie mogąc znieść cyfrowej agresji rówieśników, której nikt nie umiał zapobiec. Naturalnie nasuwają się też porównania z Facebookiem, który od lat nakazuje swoim użytkownikom używać prawdziwych nazwisk, kasuje obraźliwe czy obsceniczne wpisy oraz bez mrugnięcia okiem banuje ludzi i instytucje naruszających regulamin serwisu. Czy Twitter także powinien wybrać politykę dokręcania śruby?

Wyzwanie alt-right

Na tym etapie dyskusji, zawsze znajdzie się ktoś, kto powoła się na dobrze znany argument mówiący, że “wolność słowa nie rozciąga się na krzyczenie: ‘pożar!’ w  zatłoczonym teatrze”. Mniej znany jest kontekst, w jakim te słowa padły po raz pierwszy. W ten sposób sędzia Oliver Wendell Holmes uzasadnił pozbawienie wolności kilku piszących w jidysz amerykańskich socjalistów, którzy rozdawali ulotki wyrażające protest przeciw przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do pierwszej wojny światowej. W tym przypadku więc mieliśmy do czynienia z ludźmi, którzy krzyczeli “pożar!”, kiedy kontynent europejski naprawdę płonął.

DSC00087-WEB-FIXMuszę przyznać, że gdyby ktoś krzyknął “Milo Yiannopoulos” w zatłoczonym teatrze wyszedłbym jeszcze szybciej niż gdyby wołali “pożar”. Tym, którzy go nie kojarzą wyjaśniam: Milo uosabia wszystkie poglądy i postawy, które odbierają wiarę w człowieka. Wielu uważa go za najbardziej wpływowego trolla w cyberprzestrzeni. Jeszcze do niedawna, był on postacią kultową głównie w wąskich kręgach „alternatywnej prawicy” (alt-right). Dzisiaj jest gościem honorowym Donalda Trumpa na konwencji prezydenckiej Partii Republikańskiej, jego wypowiedzi są cytowane w CNN czy BBC, a o kontrowersjach z nim związanych pisze się już nawet w Polsce. Pojawił się nawet w DLC do gry Postal 2.

Alt-right, które wykreowało Yiannopoulosa to swoisty dark web idei, skupiający rozliczne fora, blogi i grupy w mediach społecznościowych, gdzie głosi się hasła pod którymi nie podpisze się żadna telewizja czy gazeta, jakkolwiek konserwatywne. Przykładowo:

Gamergate9-04-14 (1)GamerGate

Społeczność graczy wyznająca skrajne antyfeministyczne poglądy, którym daje ujście poprzez skoordynowane ataki (wyzwiska, groźby) na kobiety związane z branżą gier, które „za dużo mówią”. Jej „prawie oficjalną” witryną jest kanał r/KotakuinAction na Reddit.

file.d69da0026549755167de3d6e2ae13e32_400x400Pickup community

Czyli „społeczność podrywaczy”, swoista grupa samopomocowa gromadząca tych, którzy chcą wymieniać się wiedzą o tym, jak wykorzystywać kobiety. Najbardziej wpływowy blog i forum w tym obszarze prowadzi Roosh V.

 2016-08-17_15h42_39Final Solution 2.0

Jak ironicznie nazywa się całą internetową infrastrukturę neo-nazistów. Jednym z jej pomysłów jest stworzony przez wiodący w tej kategorii blog The Right Stuff mem, polegający na „oznaczaniu” trzema nawiasami z każdej strony (tzw. echo) nazwisk osób żydowskiego pochodzenia.

alt-right gromadzi się na własnych serwisach, blogach i forach, ale ewangelizuje i atakuje przede wszystkim w mediach społecznościowych. Ich zachowanie wystawia Twittera na poważną próbę. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu jednego tylko miesiąca tweetów oznaczonych #GamerGate wysłano ponad milion. Nie był to wyłącznie efekt ożywionej debaty: jak wykazały logi z 4chan, akcja była koordynowana i zaplanowana. Kathy Sierra, jedna z ofiar agresji GamerGate, słusznie zauważyła, że nigdy droga od “troll ma pomysł” do “troll może realnie zrobić komuś krzywdę” nie była krótsza. Działa tutaj efekt skali. Gdy dręczy nas jedna osoba łatwiej wzruszyć ramionami, niż gdy znieważa nas dwa tysiące ludzi. Jak się okazuje, nienawiść da się potęgować technikami growth hackingu. O skuteczności #GameGate przesądziły trzy elementy:

  • astroturfing, czyli tworzenie fałszywego wrażenie zupełnej oddolności i spontaniczności działań użytkowników na Twitterze, podczas gdy całą akcją zawiadywała relatywnie mała grupa ludzi produkujących content i mnożących fikcyjne konta
  • sealioning, czyli wdawanie się w rozmowy z anty-GamerGate’owcami pod fałszywym pretekstem próby zrozumienia ich racji, a z faktyczną intencją wciągania ich w niekończące się debaty mnożące tweety
  • re-tweety użytkowników mających setki tysięcy obserwujących – tutaj brylował wspomniany Milo Yiannopolous. Alex Baldwin, dawny moderator r/KotakuinAction powiedział, że bez jego wsparcia (i zasięgu na Twitterze, wtedy: 85 tys. obserwujących) nie byłoby #GamerGate.
4336328-2014-09-19-1062sea
Ten komiks dał początek pojęciu sealioningu

Odpowiedź Twittera

Wiemy już, jak działają trolle. Jak radzi sobie z nimi Twitter? Jack Dorsey i spółka stosują cztery odmienne sankcje, najczęściej w takiej kolejności jak poniżej:

sankcje-Twitter-WE-the-CROWD-01-1024x329

  1. Usunięcie statusu “verified”. Osoby publiczne dysponują sposobem odróżniania ich prawdziwych kont od profili zakładanych przez fanów, prześmiewców albo oszustów. Sprowadza się on umieszczenia znaczka “✓” przy nazwie konta. Usunięcie go zaciera różnicę między prawdziwym a fałszywym kontem, negatywnie odbijając się na zasięgu twitterowicza. Jak widać, jest to raczej szykana niż sankcja.
  2. Shadowbanning. Raz jeszcze pozaregulaminowa, ale zdecydowanie dotkliwa technika polegająca na tym, że nawet osoby, które nas obserwują nie zobaczą naszych tweetów (najczęściej: okresowo). Czasem przybiera formy zorganizowane, np. za pomocą algorytmu, który wychwytywał rasistowskie tweety o Baracku Obamie.
  3. Zawieszenia konta. Kara regulaminowa stanowiąca odpowiedź na: rozsyłanie spamu albo agresywny zachowanie. Zawieszenie może być czasowe (np. na tydzień) albo warunkowe (konto będzie przywrócone z chwilą usunięcia problematycznych tweetów).
  4. Permanentne zawieszenie konta. Jeśli żadna z powyższych kar nie dała nam do myślenia, Twitter może wykluczyć nas ze swojej społeczności na dobre. Serwis korzysta z tej możliwości bardzo ostrożnie. Trzy najgłośniejsze przypadki to: raperka Azelia Banks (za rasistowskie wpisy), znany alt-rightowy troll Chuck Johnson (za podjudzanie do zabicia czarnego aktywisty) oraz oczywiście: Milo Yiannopolous.

Sprawa Milo jest zdecydowanie najgłośniejszym przypadkiem zawieszenia konta w dziejach Twittera. Donosiły o niej m.in. CNN, BBC, New York Times, TechCrunch, Business Insider, a nawet Krytyka Polityczna. Nigdy wcześniej Twitter nie zaangażował się tak mocno w pojedynczy przypadek rzekomego naruszenia regulaminu. Nigdy też nie usunięto konta za pośrednią przewinę w rodzaju “inspirowania” czy “ośmielania” innych.

Między grudniem 2015 a czerwcem 2016 serwis zastosował wszystkie środki “ostrzegawcze” przed sięgnięciem po permanentne zawieszenie konta. Twitter wyraźnie obawiał się społeczności alt-right i starał się unikać zaognień. Odwołał nawet zawieszenie jego konta Yiannopolousa po tym, jak jego zwolennicy zorganizowali protest wyrażony hashtagiem #FreeMilo. Naczelny troll zdawał się jednak świadomie dążyć do tego, aby podbić stawkę. Dopiął swego, gdy kilka tygodni temu opublikował sarkastyczną recenzję filmu Ghostbusters, stanowiącego re-boot popularnej serii, tym razem jednak w żeńskiej obsadzie. Idąc śladem wpisów m.in. na r/KotakuinAction, tekst potępiał film jako przejaw feministycznych obsesji i złego smaku.

Na jego artykuł zareagowała odtwórczyni jednej z głównych ról, Leslie Jones. Wydaje się, że nie tyle jej aktorstwo, ile płeć i czarny kolor skóry oraz fakt, że skrytykowała idola alt-right doprowadziły do istnego oblężenia jej profilu na Twitterze. W tej orgii rasizmu i mizoginii oprócz obelg, pojawiły się też groźby.

Wtedy do akcji wkroczyli ludzie z przeciwnej strony barykady, którzy winnym całego zamieszania uznali Yiannopolousa. Wyróżnikiem akcji szybko stał się hashtag #BanMilo. Wielu z nich oznaczało w swoich wpisach szefa Twittera, Jacka Dorseya. Twitter wsłuchał się w vox populi i zablokował, raz jeszcze, konto Yiannopolousa.

Bilans? Yiannopolus ma teraz 300 tys. obserwujących, jest bardziej rozpoznawalny niż kiedykolwiek, a wśród swoich zwolenników cieszy się opinią męczennika za wolność słowa.

Skutek odwrotny do zamierzonego

Jakby tego było mało, nawet w dziedzinie fundowania trollom męczeństwa na pluszowym krzyżu Twitter nie potrafi być konsekwentny. Gdy w czerwcu tego roku ofiarami rasistowskich i seksistowskich ataków padła dziennikarka New York Timesa japońskiego pochodzenia, serwis odmówił interwencji twierdząc, że „nie znajduje w zgłoszonych wpisach bezpośredniego naruszenia regulaminu”. Zacytuję pierwszy tweet z brzegu: „oby spadła na ciebie bomba atomowa, skośnooka kurwo”.

W tym samym czasie, zatroskany o uczucia rosyjskich użytkowników Twitter banuje pięć profili ośmieszających Kreml i Władimira Putina. Najpopularniejszy z nich, @DarthPutinKGB obserwuje ponad 50 tys. ludzi. Trzeba była interwencji m.in. Radia Wolna Europa i prezydenta Estonii, aby Twitter dostrzegł problem. Równie problematyczna jest praktyka banowania dziennikarzy związanych z opozycją wobec reżimu prezydenta Erdogana. Nie chcąc konfliktować się z władzami w Ankarze, serwis w naprawdę kafkowski sposób zawiesza konta niepokornych dziennikarzy nie powiadamiając o tym samych zainteresowanych i odmawiając komentarzy prasie. Wystarczy jedno zgłoszenie od “urażonego użytkownika”. Co to oznacza?

Selektywnie stosowana cenzura nie tylko, że nie jest w stanie rozwiązać problemu hejtu, ale zaczyna być wykorzystywana przez agresywne, autorytarne reżimy i ich rzeczników, którzy nie przywykli do znoszenia krytyki.

Yiannopolous powiedział niedawno rozentuzjazmowanym republikanom “jedyne co im się udało, to uczynić mnie bardziej popularnym”. W tej jednej kwestii bohater Reddit, 4Chan i GamerGate ma pełną rację. Cenzurowanie social media czyni ofiary z tych, którzy tak naprawdę są oprawcami. Nie zapominajmy jednak, że są to oprawcy zza ekranu komputera. Nerwowe – i chwiejne reakcje Twittera dają im fałszywe poczucie siły, tak samo, jak grożenie kobiecie gwałtem daje im fałszywe poczucie męskości. Tego problemu nie rozwiąże żadna Rada Zaufania i Bezpieczeństwa, ani żaden uładzony komunikat napisany językiem CSR-owej akuratności. Twitter powinien rozstać się z utopijnym przekonaniem, że w ten sposób będzie w stanie skontrolować aktywności 310 mln użytkowników. Odpór mogą dać im tylko inni użytkownicy. Czasem powinien on polegać na tym, aby groźby karalne zgłosić do prokuratury, innym razem na tym, aby wyrazić głośno solidarność z osobą, która padnie ofiarę szykan. Ale często po prostu na tym, aby nauczyć się ignorować trolli.

Zobacz tekst w oryginalnej wersji na blogu WEtheCROWD >>

Źródła:


 Komentarze ekspertów

 

Artur Kurasińki | MUSEArtur-Kurasinski

Podjęcie walki przez zarząd Twittera z trollami, przestępcami i terrorystami należy powitać z uznaniem – to, co wyprawia się w tym serwisie jest czasami mainstreamowym odbiciem 4chana.

Czy uda się banować szkodliwych użytkowników? Tak, ale to wymaga bezwzględności i jasnych praw dla wszystkich. Cenzura jak i kontrola mediów społecznościowych nie powinna dziwić – to taki sam obszar wymiany poglądów, jak fora portali czy blogów.

Sądzę, że powoli w niebyt odchodzi anarchistyczna wizja internetu z końcówki lat 90-tych, kiedy to akademicy marzyli o swoim kawałku „cyberprzestrzeni” pozostającym zupełnie bez kontroli rządów. Przy obecnym natężeniu komunikatów, kanałów i możliwości ekspresji, każdy operator serwisu pokroju Twittera powinien mieć zestaw twardo egzekwowanych żelaznych reguł użytkowania. Systemy Facebooka wyszukujące fragmenty nagich ciał w postowanych obrazkach mogą wydawać się absurdalne, ale dzięki temu serwis Zuckerberga jest raczej pozbawiony niestosownych treści. Liczenie na „samooczyszczanie” i “samokontrolę” społeczności to ułuda. Wśród miliarda użytkowników statystycznie musi znaleźć się kilka patologicznych jednostek, które trzeba izolować od reszty.

m.nowak_Mikołaj Nowak | specjalista ds. nowych mediów

Czasy, w których niemal wszystko zależało od użytkowników – a administracja ograniczała się do aktualizowania serwisów o nowe opcje – bezpowrotnie minęły. Powód? Zawiedli ludzie. Zbyt duża kontrola została oddana użytkownikom, a gdy wolności jest zbyt wiele – ludzie zaczynają jej nadużywać i gubić się.

Rok temu wybuchło społeczne oburzenie, kiedy to Facebook nie chciał usunąć strony “Dominik – dobrze, że zdechł” argumentując, że nie jest to to naruszenie standardów serwisu. Dopiero po zorganizowaniu ruchu społecznego administracja zaczęła kasować naruszenia, czyli pod presją ogromnej rzeszy użytkowników. Teraz polityka w tym serwisie jest zaostrzona, do tego odpowiedzi na naruszenia otrzymujemy maksymalnie do doby. Również zgłoszenia są bardzo dokładnie weryfikowane. Dlaczego tak się stało? Bo wcześniej było zbyt mało kontroli, czym Facebook narażał się na reperkusje ze strony państw.

Problem w tym, że hejterzy, płatni trolle i całe armie podobnych błyskawicznie znajdują nowe rozwiązania. Można im wysyłać mocne sygnały i blokować, ale oni założą nowe konta – trzy w miejsce jednego – i zaatakują jeszcze silniej. Zatem, czy Facebook, Twitter, itp., powinny pełnić rolę „wirtualnej policji”? Absolutnie nie, ale gdy nie interweniują, gdy dostają zgłoszenia naruszenia prawa – przyczyniają się do promocji zachowań aspołecznych. Sektor Social Media to ogromny kawałek w internetowym torcie. Dlatego odpowiedzialność społeczna po stronie operatorów Social Media jest dziś nieporównywalnie bardziej istotna, niż jeszcze pięć lat temu.

Obawiam się jednak, że jeżeli w najbliższym czasie nie powstanie sposób skuteczniejszy od kasowania wpisów łamiących społeczne standardy, to problem rozrośnie się do skali, nad którą nie da się zapanować. Kasowanie stymuluje hejterów; motywuje ich do zakładania kont kolejnych i kolejnych. To walka z wiatrakami. Potrzeba bardziej radykalnych środków – wpływu bezpośredniego, być może bardzo mocnego wyroku za hejt. Jeden przypadek może mieć bardzo wielką moc perswazji.

a.roguski-2Artur Roguski | product manager FAKT24.PL, autor serwisu Whysosocial.pl

O tym, że Twitter ma poważny problem z nienawiścią mówi się od przynajmniej roku. Wybory prezydenckie w USA, działania prezydenta Turcji czy konflikt polityczny w Polsce dodatkowo podsycają emocje związane z postami na tym serwisie. Najgorsze dla Twittera jest to, że coraz mniej firm będzie chciało się reklamować w takim kotle negatywnych emocji.

Twitter nie potrafi radzić sobie z hejtem, nie jest też konsekwentny w swoich działaniach. Jak pokazuje przykład Facebooka, który musi radzić sobie z pięciokrotnie większą liczbą użytkowników, z problemem negatywnych treści można sobie poradzić. Trzeba do tego odpowiedniego, prostego narzędzia oraz sprawnego zaangażowania społeczności, którego skutkiem będzie samoregulacja.

Twitter pozostanie serwisem, do którego nie powinny wchodzić firmy i osoby nie gotowe na poradzenie sobie z falami negatywnych emocji. Dodatkowo, Twitter jest nieprzewidywalny i ekstremalnie podatny na działania zorganizowanych grup użytkowników, którzy w ciągu kilku minut są w stanie „wykopać” temat/hashtag do roli trendującego. Nawet najlepsze systemy kurateli treści nie będą w stanie tego powstrzymać. Jeśli takim trendem będzie zniszczenia człowieka czy instytucji, to nie ma przed tym obrony. Na Twitterze można zniszczyć każdego.

Czy Twitter powinien być cenzurowany? Nie. Jedyną słuszną drogą walki z hejtem i nieodpowiednimi treściami jest samoregulacja użytkowników serwisu. Żadne instytucje zewnętrzne nie powinny decydować co można, a czego nie można pisać w serwisie społecznościowym. Zawsze będzie to prowadziło do insynuacji, że ktoś, gdzieś realizuje swoje ukryte cele. To tylko niepotrzebnie napędzi spiralę negatywnych emocji. Ważną rolę powinny za to pełnić policja i prokuratura. Te instytucje bezwzględnie muszą ścigać wszelkie groźby, znieważenia czy naruszania dobrego imienia osób bądź instytucji, ponieważ z roku na rok rośnie liczba osób skrzywdzonych przez język nienawiści w sieci.

DagmaraPakulskaDagmara Pakulska | Digital strategist, MJCC

Pojawienie się Rady Zaufania i Bezpieczeństwa nie zwiastuje jeszcze zaistnienia cenzury – w pełnym tego słowa znaczeniu – na Twitterze. Musimy sobie jasno powiedzieć, że internet nie może być miejscem, w którym bezkarnie i bez powodu obraża się innych ludzi lub nawołuje się do agresji, czy nawet szerzej – do aktów terroryzmu.

Twitter, podobnie zresztą jak Facebook, jest gospodarzem własnego medium społecznościowego. Oznacza to, że szanując wolność słowa i wypowiedzi, ma prawo „w swoim domu” wymagać zachowywania się zgodnego z jasno przez niego określonym zbiorem zasad. Jack Dorsey dobrze wie, że jego mikroblog jest miejscem, gdzie najczęściej spotyka się wykształconych 25-, 34-latków, przedstawicieli wolnych zawodów (prawników, dziennikarzy itd.) i w związku z tym musi zwracać baczną uwagę na treści, które pojawiają się w serwisie.

Tam gdzie poziom dyskusji zaczyna drastycznie spadać i pojawiają się treści obraźliwe oraz negatywnie nacechowane, wartościowi użytkownicy odchodzą doprowadzając do powolnej śmierci medium społecznościowego. Nie ulega jednak wątpliwości, że z takim zbiorem zasad każdy użytkownik powinien zapoznać się szczegółowo już na etapie rejestrowania swojego konta w serwisie. Wprowadzanie nowych algorytmów czy też modyfikowanie regulaminu w odpowiedzi na sytuacje kryzysowe może prowokować, że w danym miejscu zaczyna pojawiać się cenzura. Wówczas odwracana jest uwaga od realnego problemu – negatywnego wpływu trolli i hejterów internetowych na pozostałych użytkowników portalu.

Warto także podkreślić, że nie istnieje jeszcze algorytm doskonały, który perfekcyjnie filtrowałby treści nacechowane negatywnie. Należy więc przychylnym okiem spojrzeć na działania Twittera, który w przeciwieństwie do Facebooka, powołał obiektywną radę składającą się aż z ponad 40 różnorodnych organizacji i z którą konsultuje swoje decyzje w sprawie dezaktywacji szkodliwych kont w miejsce bezmyślnego i bezzasadnego banowania użytkowników.


 

Czytaj również